piątek, 10 lipca 2009

O podróży

Czytam ostatnio namiętnie ostatnią książkę włoskiego reportażysty Tiziano Terzani. Warto sięgnąć po nią choćby dla samego brzmienia nazwiska autora. Ale nie o dźwiękach tutaj chciałem pisać, lecz o refleksyjności. Autor przemierza świat w poszukiwaniu cudownego lekarstwa na raka. W którymś momencie konstatuje:

"A ja? Czyż nie osiągnąłem jakiegoś mądrego wniosku z mojego życia w ostatnich latach? Krążąc po świecie i spotykając lekarzy, czarowników oraz mistrzów, zrozumiałem na pewno, że nie warto kontynuować podróży, że jakieś nadzwyczajne lekarstwo nie istnieje i że jedynym, co można zrobić, to żyć bardziej świadomie, możliwie jak najbliżej natury, w sposób prosty, jedząc mało i czysto, dobrze oddychając, redukując własne potrzeby, ograniczając do minimum konsumpcję, kontrolując pragnienia i rozszerzając tym samym granice własnej wolności."

Może nieco przewrotnie na blogu poświęconym podróżowaniu właśnie ten fragment przytaczam, ale czyż nie jest to właśnie zaproszenie do podróży wewnątrz siebie? Do tej najtrudniejszych ze wszystkich wypraw? Nie jest łatwo w nią wyruszyć. Jeszcze trudniej w niej w dzisiejszych czasach wytrwać. Jeśli jednak, w co wierzę, jest to remedium nie tylko na choroby ciała, ale i duszy, to na pewno warto. Problem polega na tym, że każdy z nas musi do niej dojrzeć. Tutaj nie ma żadnej drogi na skróty. Na nic zdają się podpowiedzi doświadczonych mędrców. Stąd cytat ten stanowi zaledwie wskazówkę, a w żadnym razie gotową receptę czy podane na tacy rozwiązanie.

Wiele jeszcze kart pokładowych w wielu książkach użyję jako zakładki. Wielu ludzi, brudu, deszczu i tropikalnego słońca doświadczę. Jeszcze więcej wahań, radości i trwogi przeżyję. Ale w końcu spotkamy się z Terzanim, gdzieś tam u kresu tej podróży, w którą każdy wyruszyć musi sam. Tak jak każdy samodzielnie określa granice własnej wolności.

środa, 8 lipca 2009

O pisaniu

Miały być okruchy, a wyszedł bochen cały. Pewnie tak to już będzie. Raz dłużej, raz krócej. Byle ciekawie.
Bardzo miłe dostałem komentarze po opublikowaniu tekstu dotyczącego podróży w świecie realnym. Część jednak czytelników wyraźnie domaga się spełnienia moich obietnic w całości. Czas więc na okruchy z podwórka wewnętrznego.

- Dajesz, stary! Idź w to! - J., poważany dziennikarz pewnego znanego tygodnika dodawał mi otuchy po mojej pierwszej publikacji.
- No chyba pójdę. Bo przecież w końcu trzeba. - odparłem pokrzepiony.
- Nie jest łatwo. Sytuacja na rynku jest teraz chujowa. Dziennikarzy zwalniają, płacą coraz mniej. W sumie to więcej ludzi pisze, niż czyta. - zauważył refleksyjnie J.
- Może i tak, ale przecież chodzi o to, żeby pisać. Szukać ciekawych tematów i pisać. - zauważyłem entuzjastycznie.
- Taaa. A co innego nam zostało... - westchnął J.
I tak staliśmy, czekając na kawę w foyer Kongresowej. I pewnie gdzieś tam, w tyle głowy, już pojawił się myśl, że można by coś napisać o tym koncercie.

Obaj zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę potrzeba pisania jest w nas. Bez względu na wszystko, jak zauważył Ryszard Kapuściński, piszemy przede wszystkim dla siebie, w drugiej zaś kolejności dla czytelników. Pieniądze i zaszczyty nie powinny mieć na proces twórczy istotnego wpływu. One tylko rozpraszają.

Myśl, że więcej ludzi obecnie pisze, niż czyta jest w pierwszej chwili zatrważająca. Po pierwsze, świadczy o nadprodukcji, czyli zachwianiu zasady podaży i popytu. A to nie wróży dobrze żadnemu dziennikarzowi, który z pisania musi utrzymać siebie i rodzinę. Oczywiście, można się pocieszać, że piszących aż tylu być nie może, skoro wskaźniki czytelnictwa utrzymują się w Polsce na żenująco niskim poziomie. Argument ten może i krzepiący, wciąż nie poprawia sytuacji osoby piszącej.

Widzę jednak w tym stwierdzeniu pewien aspekt pozytywny. Coraz bardziej powszechne przelewanie myśli na papier bądź, chyba już częściej, wstukiwanie ich na twarde dyski, świadczy o upowszechnieniu się w społeczeństwie uważności i refleksyjności. A to są cechy bardzo nam wszystkim dzisiaj, w świecie rozpędzonym do granic możliwości, potrzebne.

Wiem. Zaraz odezwą się głosy, że przecież większość tego internetowego pisania jest słabe, bez redakcji, na szybko. Często zupełnie bezmyślnie.
Zgadam się. Ale dużo takiego pisania jest produkowana przez ludzi, którym płaci się za to, żeby byli pierwsi, żeby przed konkurencją podali jakąś informację czy, dużo rzadziej, analizę. Takie pisanie wielkiej wartości nie ma. Nawet jeśli teraz wydaje nam się inaczej. Co więcej, taki pęd musi doprowadzić do awarii systemu. Przecież w którymś momencie takie dziennikarstwo przestanie mieć jakąkolwiek wartość eksplanacyjną. Rozpadnie w wyniku niedostosowania do nadmiernej prędkości. Jak Airbus zbytnio rozpędzony przez front burzowy nad Atlantykiem.

A przecież Ci którym się nie spieszy, którzy piszą własne blogi, bo czują wewnętrzną potrzebę, stanowią ogromną większość. Autorzy publikujący teksty na portalach dziennikarstwa społecznego nie liczą na gratyfikację finansową. Czują raczej, że coś ważnego mają do powiedzenia na tematy, które mogą dotyczyć sporej grupy społeczeństwa. To są tysiące ludzi, którzy siedzą na bosaka wieczorami, sącząc wino wstukują literki w swoje laptopy. Ci ludzie musieli zatrzymać się na chwilę. Dostrzec jakiś problem. Zastanowić się. Wyrobić własny osąd. Czasem nawet przeczytać książkę lub dwie, żeby mieć wiedzę potrzebną do napisania tekstu. Możliwe, że chcieli również przegadać tę kwestię z przyjaciółmi i zebrani przy kuchennym stole, przy herbacie lub innym napoju pobudzającym wyobraźnie, przedstawiali argumenty i wysłuchiwali racji.

Dlatego nie ma nic złego w tym, że tyle ludzi pisze. Pisanie rozwija, zbliża ludzi, powoduje, że spoglądamy bardziej uważnie na otaczający nas świat. Jeśli nawet ta twórczość nie ma wielkiej wartości literackiej, to na pewno sam proces pisania sprawia, że czujemy się lepiej. Że żyjemy pełniej i świadomiej. Widząc więcej, stajemy się ciekawszymi rozmówcami. A to są wartości nie do przecenienia. Dla nich warto pisać, nawet jeśli sytuacja na rynku jest chujowa i nikt tego nie czyta.

poniedziałek, 6 lipca 2009

Szczęście w Ranthambore

- Mieliście naprawdę dużo szczęścia. Niektórzy przyjeżdżają tutaj na sześć dni i udaje im się zobaczyć tylko antylopy. – kelner w hotelowej restauracji, mimo nieznikającego uśmiechu, wydawał się być poruszony taką niesprawiedliwością. – A wy? Informacja o naszym wyczynie szybko obiegła Sawai Madhopur Lodge, luksusowy ośrodek położony dwa kilometry od bramy Parku Narodowego Ranthambore w północnych Indiach. Rezerwat ten jest jednym z najlepszych miejsc do podglądania tygrysów w ich naturalnym środowisku. Na blisko czterystu hektarach rezerwatu żyją ich trzydzieści cztery sztuki. Biorąc pod uwagę, że nie są one w ogóle dokarmiane, ani że w żaden sposób nie ogranicza się przemieszczania, trzeba mieć faktycznie dużo szczęścia, żeby zaobserwować tego żerującego nocą samotnika.

Wizytę w rezerwacie Ranthambore zaczęliśmy podobnie, jak kilkanaście tysięcy turystów z całego świata, którzy odwiedzili Park przed nami w tym roku – od pochylenia głowy i przyjęcia powitalnej girlandy kwiatów. W każdym zakątku Indii indyjskie kobiety w sari wygladają równie olsniewająco. Po drinku w lobby, transfer meleksem do przydzielonej nam części rezydencji jednego z ostatnich maharadżów Radżasthanu, szybki prysznic i jesteśmy gotowi na spotkanie z najwspanialszym drapieżnikiem subkontynentu– tygrysem bengalskim.

- Nie rozmawiamy, nie wykonujemy gwałtownych ruchów, absolutnie nie opuszczamy jeepów. – Naresh, nasz przewodnik, nie pozostawia złudzeń. Poczucie zachodniej wolności będzie mocno ograniczone przez następne trzy godziny, które spędzimy w pomalowanej w barwy maskujące terenowej ciężarówce z otwartym dachem. Biorąc pod uwagę, że Naresh w swoim oliwkowym mundurze i ciemnych okularach wygląda równie groźnie jak większość przywódców państw Ameryki Środkowej, nikt nie wychyla się z pytaniem o procedurę w razie konieczności skorzystania z toalety. Po dwóch godzinach sprawa wyjaśnia się sama. Podczas gdy my z przejęciem obserwujemy przechodzące stado antylop, pomocnik kierowcy robi to, co musi, kucając w uchylonych lekko drzwiach samochodu. Teraz już rozumiem, dlaczego przewodnikami i kierowcami są wyłącznie mężczyźni. Turyści muszą mieć mocne pęcherze. Bez względu na płeć.

Początkowo nic nie zapowiadało sukcesu. Gdy już oswoiliśmy się z antylopami, które nic sobie nie robiły z naszej obecności, i stadami towarzyszących nam ptaków, których śmiałość była wprost proporcjonalna do naszej irytacji i zmęczenia, z coraz większą niecierpliwością zaczęliśmy wypatrywać tygrysa. Jednak żaden najwyraźniej nie miał w planie spotkania z nami. – Tygrysy niczego się nie boją. Nasze samochody traktują jak duże krowy. – Nie byłem pewien, czy ta informacja miała nas uspokoić, ale poczułem się nieswojo w roli dużej krowy. – Jeśli będą miały ochotę nam się poprzyglądać, to wyjdą. Wczoraj widziano w tym rejonie dużego samca. Jak będziemy mieć szczęście, to go dzisiaj spotkamy. – nasz przewodnik nie pozostawił złudzeń, kto tutaj jest panem sytuacji. Po około półtorej godziny leniwego jeżdżenia wokół jednego z dwóch jezior znajdujących się w tej części parku, usłyszeliśmy dziwny dźwięk. Nie był to żaden ptak, ani drapieżnik. Było to charakterystyczne nawoływanie innego przewodnika, który zauważył tygrysa. Kierowca zrobił gwałtowny zwrot i na pełnym gazie pognał pełną wertepów drogą na drugą stronę jeziora, wzburzając tym takie mnóstwo pyłu i robiąc tyle hałasu, że chyba każdy tygrys w okolicy zorientował się, że nie jesteśmy krową.

Ale nie nasz. Ten majestatycznie wylegiwał się na odległym cyplu, do którego nie dało się dojechać samochodem, nic sobie nie robiąc z nerwowych ruchów kilku grup turystów próbujących zająć najlepsza pozycję obserwacyjną. Gdy i ja dostrzegłem jego ogromne cielsko, korzystając z maleńkiej lornetki, którą nasz przewodnik wykorzystywał chyba przede wszystkim podczas wizyt w operze, zrozumiałem spokój. zwierzęcia. Odległość między nami była tak duża, że prawdopodobnie w ogóle nie zdawał sobie sprawy z naszej obecności. Po kilkunastu minutach wytężania wzroku i wysłuchiwania relacji tych szczęśliwców, których przewodnicy mieli bardziej adekwatne instrumenty optyczne, poczułem się znużony i nieco rozczarowany. Pewnie nie ja jeden, chociaż większość wydawała się być usatysfakcjonowana faktem, że w ogóle tygrysa widzieliśmy. Kolejny dzień miał pokazać, jak bardzo przedwczesna była to satysfakcja.

Bladym świtem wyruszyliśmy na drugie safari. Szczęście wciąż nam sprzyjało. Wylosowaliśmy inny sektor parku, w którym, jak donosił Naresh, niedawno widziano tygrysicę z dwoma młodymi. Nauczeni doświadczeniem poprzedniego dnia nie robiliśmy sobie specjalnie nadziei na bliskie spotkanie. I faktycznie, pierwszą godzinę spędziliśmy podskakując na wyboistej drodze i przekonując się, że nawet w gorących Indiach poranki są rześkie. Większość z nas szczękała zębami mimo bluz, polarów i kurtek, które, poinstruowani przez obsługę hotelu zabraliśmy ze sobą do samochodu. Naresh, kierowca, pomocnik i pracownicy parku, których zabraliśmy po drodze, wydawali się być niewrażliwi na przenikliwe zimno. Siedzieli niewzruszeni w koszulach z krótkim rękawem i kamizelkach z wielkim logo parku na plecach, wpatrując się w ścieżkę w poszukiwaniu śladów tygrysa.

- Zatrzymaj samochód! – krzyk Naresha wytrącił nas ze stanu odrętwienia. – Tędy szła samica z młodymi! Świeże ślady! – ekscytacja przewodnika rosła z każdą sekundą. Nasze oczy nie mogły jednak w żaden sposób połączyć jego okrzyków z tym, co widziały na poboczu. Tam nie było żadnych śladów, no może poza śladami opon. Nic tylko piach, pył i sucha trawa. Ale to jemu płaciliśmy za to, żeby widział rzeczy niewidzialne dla nas, laików. Skoro mówi, że szła tędy samica, to pewnie tak było. Momentalnie zrobiło się cieplej, a przewodnik z kierowcą zaczęli bardzo uważnie przyglądać się okolicznym zaroślom. Po chwili nasza ciężarówka zatrzymała się gwałtownie. Naresh ruchem ręki nakazał milczenie. Wszyscy zamarli wypatrując czegoś po lewej stronie drogi. Początkowo widzieliśmy to, co przez ostatnią godzinę, czyli ścianę suchego lasu, sporo opadłych liści, jakieś zarośla. W porze suchej wszystko ma żółto-brązową barwę. Tak się składa, że umaszczenie tygrysów również jest żółto-brązowe. - Tam jest! – tym razem przewodnik wydał z siebie pełen podniecenia szept. Moje oczy usilnie starały się zobaczyć, to na co wskazywał. Za cholerę nie widziałem tam żadnej tygrysicy, o młodych nie wspominając. Po chwili jednak mój umysł odnotował jakiś ruch. Plama liści, na której nie zatrzymałem wcześniej wzroku, wstała i zaczęła dostojnie iść w stronę naszej ciężarówki. – O, żesz, ależ on jest wielki! – zauważył przytomnie pan Grzegorz, celując swoim obiektywem w jednego z młodych, który wcale nie był małym tygrysiątkiem. Za to był coraz bliżej.

W samochodzie zapanowała absolutna cisza. Wydawało się, że większość wstrzymała oddech. Po chwili, druga kępa krzaków ruszyła się ospale i rozpoczęła marsz w stronę samochodu. Przewodnik wydawał się nagle zupełnie wyluzowany, radosny wręcz. W końcu coś się dzieje. Ja jednak ciągle miałem w pamięci jego wczorajsze słowa – jesteśmy dla tygrysów "dużą krową". Nie jest to postać, w którą chciałbym się wcielić, gdyby to była gra planszowa. Ciszę przerywały jedynie trzaskające cichutko migawki aparatów fotograficznych. – O! Widziałeś?! Tam jest chyba matka! – pan Michał wykazał się sokolim wzrokiem. Albo miał najlepszy obiektyw, przez który lustrował okolicę. Faktycznie, powyżej dwójki młodych, jakieś 50 metrów od samochodu leżała wielka samica. Młode zaś niewiele sobie robiąc z naszej obecności podeszły jeszcze kilka metrów i, w odległości może 15 metrów od naszej ciężarówki, zaległy. Najwyraźniej faktycznie traktowały nas jak jakieś duże, nieszkodliwe zwierzę, bo zupełnie nie zwracały uwagi na nasze podekscytowane szepty. Po 10 minutach, kiedy każdy z nas miał już odpowiednią ilość zdjęć, którymi będzie zanudzał znajomych i rodzinę przez najbliższe miesiące, tygrysy leniwie się podniosły, odwróciły i dostojnie odmaszerowały w stronę gąszczu. Po chwili zniknęły zupełnie i znów można było podziwiać jedynie kupę liści i kępy krzaków.

Emocje w samochodzie jeszcze długo utrzymywały się na wysokim poziomie i niektórzy z nas nawet nie zwrócili uwagi na tęgawego jegomościa, któremu ustąpiliśmy miejsca zjeżdżając na pobocze. Gdy wjeżdżaliśmy z powrotem na drogę, nasz przewodnik wydawał się podekscytowany, jakby zobaczył stado tygrysów grających w golfa. – To był Mukesh Ambani! Mukesh Ambani! Macie nieprawdopodobne szczęście! – Naresh wydawał się zapomnieć o parkowym savoir – vivre, przechodząc w rejestry dalekie od szeptu. – Nie dość, że widzieliście trzy tygrysy naraz, to jeszcze mieliście okazję zobaczyć najbogatszego Hindusa!

Dalszą drogę przez park jechaliśmy oglądając zdjęcia współtowarzyszy. Nie specjalnie już interesowały nas stada antylop będące być może dzisiejszą kolacją "naszej" tygrysicy. Nawet siedzące na słupkach przy bramie parkowej małpy karmiące młode nie robiły już wrażenia. My widzieliśmy z bardzo bliska samicę z młodymi. I najbogatszego Hindusa.

Nie wiem, czy ta informacja również dotarła do recepcjonisty naszego ośrodka, ale jeśli nawet tak było, nie dał po sobie tego poznać. Kiedy wymeldowywaliśmy się uśmiechał się kiwając głową – Straszni z was szczęściarze. Tylko dwa dni i cztery tygrysy! Niesamowite! A inni czasem cały tydzień siedzą i widzą zero tygrysa – recepcjonista wykonał gest, który wśród nurków oznacza "wszystko w porządku". Oddając klucz, zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem manager hotelu nie będzie chciał wykorzystać naszej relacji w celach marketingowych. I nie byłem pewien, czy większą wartość miałyby nasze cztery tygrysy w dwa dni, czy spotkanie Mukesha Ambaniego na leśnej drodze. W Indiach niczego nie można być pewnym. Nawet szczęścia.